Rozdział 1 Szare życie szarego człowieka.
Krople deszczu rytmicznie bębniły w mój drewniany parapet oraz w szybę zmieniając świat w wielką rozmazaną plamę. Leżałam na swoim szarym łóżku w swoim szarym pokoju i wpatrywałam się w szary sufit. Wszystko dookoła było szare. Gdyby nie bębniący deszcz i moja siostra, która za ścianą zabawiała sie ze swoim chłopakiem, w domu panowałaby idealna cisza. Powoli mrugnęłam, po czym podniosłam się z łóżka do pozycji siedzącej. ,,Po co ja w ogóle istnieję?", zadałam sobie to pytanie chyba już po raz setny w tym dniu. Wszystko wydawało się takie bez sensu...
Nie, nie jestem emo, ani nie mam depresji, a przynajmniej tak stwierdził lekarz- specjalista. Jestem po prostu zmęczona życiem, zmęczona tym wszystkim, tą melancholią. Wzięłam głęboki wdech, po czym wstałam i opuściłam swój pokój. Zeszłam na dół do kuchni, mijając przy okazji drzwi do pokoju mojej starszej siostry Sally. Aktualnie siedział tam razem z nią jej chłopak- Rennell (ciekawe imię, prawda?), chociaż wszystkim każe do siebie mówić Renie. Jest on średniego wzrostu chłopakiem, ma średniej długości czerwone włosy, jasną cerę, brązowe oczy oraz tatuaż na prawej dłoni przedstawiający trupią czaszkę. Ogółem posiada pięć kolczyków: jeden w brwi, jeden na ustach i trzy w lewym uchu. Oczywiście rodzice nie są do niego przekonani, ale Sally zapewnia ich, że to ,,dobry chłopak", więc na razie dają jej spokój.
Która godzina? Ech, już trzynasta, znowu nic nie zrobiłam prócz użalania sie nad sobą... Wzięłam z lodówki zimne mleko, po czym usiadłam na kanapie w salonie i zaczęłam oglądać telewizję przy okazji biorąc solidny łyk mleka. Przeskakiwałam kanały w poszukiwaniu czegoś ciekawego, lecz ostatecznie mój wybór padł na jakąś hiszpańską telenowelę dla babć. Siedziałam tak i przez moment moje życie nabrało większego sensu. Czemu Alberto zostawił Esmeraldę? Może faktycznie to było jego dziecko? I kto w końcu jest ojcem Diego? Moje aktualne ,,problemy życiowe" przerwał brzęczący w kieszeni telefon:
-Halo?- Zapytałam zmęczonym i monotonnym głosem
-No hej!- Po drugiej stronie odezwała się moja jedyna przyjaciółka jaką posiadałam- Keiko; jest ona z Japonii, przez co wyróżnia się spośród innych zarówno swoją orientalną urodą jak i głośnym oraz entuzjastycznym zachowaniem; co prawda jest moim zupełnym przeciwieństwem, ale to nam nie przeszkadza - Co dzisiaj porabiamy?
-Nic.- Odparłam zmieniając pozycję, lecz głos nadal pozostawał bez wyrazu
-Jak to nic? Przecież musisz coś robić!- Oburzyła się; w tle słychać było odgłos odbijanego od parasola deszczu oraz przejeżdżających obok samochodów
-Oglądam telewizję. Czy zadowala cię ta odpowiedź?- Zapytałam bez większych emocji zmieniając kanał
-Nie bardzo. Słuchaj, mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia!- Zmieniła swój ton na bardziej rzeczowy
-Nie interesują mnie żadne oferty matrymonialne ani tym podobne.- Nie pierwszy raz Kei próbowała mnie umówić z kimś na randkę albo zaciągnąć na jakąś imprezę; już miałam sie rozłączyć, gdy mnie powstrzymała
-Nic z tych rzeczy! Co byś powiedziała na wolontariat?- W jej głosie było słychać zapał, a ja w sumie się zawiodłam, gdyż byłam pewna, że chodzi o coś ,,grubszego" niż marny wolontariat, już nie takie pomysły miewała
-Nie.- Rzekłam krótko i się rozłączyłam, ale mój telefon ponownie zabrzęczał, więc go wyłączyłam i rzuciłam obok siebie na kanapę. Wolontariat? I że niby co mam robić? Wyprowadzać psy czy może pełnić rolę mówcy motywującego? Phi, sam taki mówca by mi się przydał...
Dzień szybko mi minął na ,,nic nierobieniu". Siedziałam i oglądałam telewizję pijąc mleko, dopóki z pracy nie wróciła moja mama:
-Jak się czujesz kochanie?- Zapytała z troską w głosie stawiając siatki z zakupami na podłodze
-Znośnie.- Odparłam wstając z kanapy i podchodząc do toreb z zakupami- Rozpakować?- Zaproponowałam
-Jeśli byś mogła.
-Jak w pracy?- Zainteresowałam się
-Ech, no, a jak może być? To samo co zwykle.- No i się zaczyna...- Anette zrób to, Anette zrób tamto, a przynieś mi kawe, a pójdź po ważne papiery i tak w kółko.- Wysiliła sie na delikatny uśmiech- A ty, co dzisiaj robiłaś, leniuszku?
-Nic.- Moja standardowa odpowiedź; później nasza rozmowa jakoś się dalej toczyła, dopóki tata nie wrócił z pracy i od tamtego momentu w kuchni zapanowała radość i śmiech. Tata od zawsze był człowiekiem rozrywkowym, potrafił rozbawić każdego, nawet moją siostrę, kiedy miała ,,gorsze dni". Niedługo po powrocie taty z pracy zaczęliśmy jeść wspólnie kolację, Renie też został zaproszony. Ogółem cała kolacja odbywała się przy dźwiękach muzyki z radia oraz brzdęku sztućców o talerze. Oczywiście rodzice nie byliby sobą, gdyby nie zaczęli zasypywać chłopaka Sally pytaniami typu: ,,a co będziesz robił po liceum, może jakieś studia?" albo ,,a już jakiejś pracy szukasz, bo nasza córka to istna księżniczka", chociaż zależy jeszcze która córka...
Po zakończonym posiłku wróciłam do swojego szarego pokoju, po czym położyłam sie na swoje szare łóżko i poczęłam wpatrywać się w równie szary sufit. Kolejny dzień oficjalnie uważam za zmarnowany. Była niedziela, jutro znowu powlokę się do szkoły i będę niczym duch- niezauważalna dla nikogo, prócz Kei oczywiście. W szkole nie radziłam sobie tak źle, jak z życiem. Oceny przeciętne, popularność znikoma, aczkolwiek nie byłam kozłem ofiarnym, ani nikim w tym rodzaju. Po prostu byłam, tak jak przez całe swoje życie. Jestem, bo jestem.
Włączyłam z powrotem swoją komórkę, na której było 7 nieodebranych połączeń i 10 nieprzeczytanych wiadomości:
1.,,Ali, to jest genialny pomysł!"
2.,,No weź, włącz ten przeklęty telefon!"
3.,,Wszystko będzie polegało na chodzeniu do szpitala i rozmowie z chorymi osobami w naszym wieku"
4.,,Czy to nie wspaniałe?"
5.,,Możemy dać wsparcie innym!"
6.,,Ali, co ty na to?"
7.,,Błagam, zgódź się"
8.,,Będzie fajnie"
9.,,Sama mówiłaś, że masz dużo wolnego czasu"
10.,,Odnajdziesz w końcu sens swojego nudnego życia!"
Ostatnia wiadomość ostatecznie mnie przekonała i skusiła do odpisania jej, chociażby, aby sie odczepiła, bo jak Kei sie uprze to nie ma innego wyjścia:
,,Od kiedy zaczynamy?"
,, Jeeeeeeeej, wiedziałam, że się zgodzisz! Pójdziemy tam jutro, od razu po szkole", odpisała mi niemal natychmiast.
Poszłam spać nie wiedząc jak bardzo jutrzejszy dzień wpłynie na moje monotonne życie...
Rozdział 2 Wszystko zaczyna się od kija.
Rano pogoda jak zwykle nie rozpieszczała. Lało już kolejny dzień z rzędu. Zadziwiające jedynie było to, że ulice nadal pozostawały nad powierzchnią wody, czego nie można już powiedzieć o trawnikach. Typowa wiosna...
Gdy tylko zadzwonił budzik wstałam ze swojego łóżka, które od razu pościeliłam i powlokłam się do łazienki, a tam jedynie poczesałam włosy i umyłam zęby oraz twarz. Kiedy powróciłam do swego szarego pokoju włożyłam czarną bluzkę, pod którą miałam czarny top i tego samego koloru stanik, czarne rurki oraz czarne trampki do kostek. Swoje blond włosy, które nie szły w parze z moim aktualnym wizerunkiem i nastrojem zostawiłam rozpuszczone. Chwyciłam mój czarny plecak i zeszłam na dół, gdzie zjadłam śniadanie, a po kilku minutach byłam w drodze do szkoły. Sally miała na inną godzinę niż ja, więc miała dodatkową godzinę snu, czego w poniedziałek wszystkim ludziom brakuje najbardziej.
Naciągnęłam na głowę kaptur i bez parasola oraz większej ochoty do życia szłam przed siebie starając się w miarę możliwości omijać kałuże. Zanim dotarłam do szkoły moja bluza była cała przemoczona. Pod szkołą niechętnie zdjęłam ją i zawiązałam sobie w pasie.
Gdy tylko weszłam do wnętrza budynku dał się wyczuć zapach naleśników- specjał kucharek szkolnych. Fuknęłam tylko i zeszłam na dół do szatni, aby zmienić przemoczone trampki oraz zostawić na kaloryferze bluzę do wyschnięcia. Z moich średniej długości blond włosów skapywały zimne krople deszczu i moczyły posadzkę. Jeszcze nikogo z mojej klasy, prócz oczywiście mnie, nie było w szkole. Spokojnie weszłam po schodach na górę i usiadłam pod swoją salą. Deszcz nieustannie padał i przypominał mi jak bardzo życie potrafi być szare i dołujące, a czasami bolesne i okrutne. Siedząc tak i rozmyślając, przy czym wpędzając się w co raz większe przygnębienie, nawet nie zauważyłam stojącego nade mną nauczyciela historii:
-Wszystko w porządku?- Zadał mi proste pytanie, na które odparłam automatycznie
-Tak proszę pana, jak najbardziej.- Wysiliłam się na lekki uśmiech, a mężczyzna odwzajemnił go i poszedł dalej; czasami ludzie przejmują się nami dopiero wtedy, kiedy widzą, że coś jest nie tak, a nie, gdy potrzebujemy ich uwagi i zainteresowania...
Cały dzień minął mi na samotnym siedzeniu w ławce, gdyż Kei strasznie się rozchorowała od tego chodzeniu po deszczu i się przeziębiła. Siedziałam i słuchałam nauczycieli, którzy próbowali nam wyjaśnić poszczególne rzeczy. Nikt mnie nie zaczepiał, nie chciał ze mną rozmawiać. Młodzi ludzie już tak mają. Jeżeli widzą, że ktoś nie chce być tak jak oni, to jest zwykłym dziwakiem i nie warto nawet go zaczepiać. Oceniają po okładce, nie znając nawet powodów takiego czy też innego stylu bycia.
Kiedy w końcu opuściłam szkołę deszcz przestał padać, a zza chmur wyjrzało słońce. Jego ciepłe promienie delikatnie grzały moją twarz. Poirytowana tym ciepłem naciągnęłam na głowę suchy już kaptur i wsadziłam do uszu swoje czarne słuchawki, w których między innymi leciały takie piosenki jak ,,So cold" lub ,,Goodbye agony". Doszłam do domu w jakieś niecałe siedem minut, a reszta mojego dnia zlała się w jedną szarą plamę. I tak codziennie, aż do piątku, wtedy wszystko się zmieniło. Kei nadal była chora, więc odkładałyśmy wstąpienie do wolontariatu. Pogoda znacznie się poprawiła. Już nie padał deszcz i nie było szaro, wręcz przeciwnie, słońce pokazywało się w pełnej krasie i pozwalało się sobą nacieszyć zarówno ludziom, którzy po deszczowych dniach zdążyli się za nim stęsknić, jak i roślinom, które potrzebowały go do życia i dalszego wzrostu.
Jak zwykle wracałam ze szkoły, ale bynajmniej nie miałam ochoty na orzeźwiające spacery po słońcu, więc zaszłam na pobliski przystanek i zaczekałam na autobus, który mógłby mnie podwieźć pod niemalże sam dom. Usiadłam więc na ławce i czekałam, aż pojazd w końcu nadjedzie. Wpatrywałam się otępiale w punkt przede mną i myślałam o smutku oraz melancholii jakie mnie ogarniały, przy okazji słuchając smętnych piosenek. Nagle poczułam jak ktoś puka mnie cienkim oraz białym kijem w mój czarny trampek. Gwałtownie podniosłam głowę i spojrzałam na osobę dzierżącą kij, po czym wyjęłam z ucha jedną ze słuchawek. Wpatrywał się we mnie chłopak, na oko w moim wieku może odrobinę starszy, o takich samych co ja blond włosach oraz brązowych oczach, które zdawały się patrzeć na mnie, lecz mnie nie dostrzegać:
-Przepraszam, która godzina?- Zapytał pogodnym głosem chłopak, a ja spojrzałam na ekran telefonu
-Czternasta dwadzieścia pięć.- Odpowiedziałam swoim melancholijnym tonem
-Dziękuję. Masz bardzo łady głos.- Odparł blondyn, a ja poczułam, że się rumienię; zmierzyłam osobnika wzrokiem i stwierdziłam dosyć niecodzienny fakt: chłopak był zupełnie ślepy. W dłoni trzymał długi na dwa metry biały kij, a ciemne okulary swobodnie były wsadzone w kieszeń, która umiejscowiona była na piersi jego czarnej koszulki. Do tego z jeansowych spodenek, które były do jego kolan, była przylepiona nalepka z uśmiechem oraz napisem pod nim ,,Jeżeli niechcący cię uderzyłem, to przepraszam". Znów spojrzałam mu w twarz, ale teraz stał odwrócony do mnie bokiem:
-Em. Na jaki autobus czekasz?- Odważyłam się go zapytać; przekręcił głowę w moją stroną i odparł:
-Na dwójkę. Jeżeli nadjedzie, to mogłabyś mnie poinformować?- Zapytał
-Tak, nie ma sprawy.- Odparłam, bo w rzeczywistości dla mnie to nie był kłopot; przez chwilę nastała niezręczna cisza, którą przerwał owy niewidomy chłopak:
-Jeśli wolno mi wiedzieć, jak masz na imię?- Jego głos był bardzo ciepły oraz pogodny, pomimo tego, że niczego prócz ciemności nie widział
-Alexy.- Przedstawiłam się skromnie- A ty?
-Jestem Taylor, ale wszyscy mówią na mnie Tay.- Uśmiechnął się ,,patrząc" w moją stronę- Wybacz, ale może zabrzmi to dziwnie, czy mógłbym cię zobaczyć?- Na początku nie wiedziałam o co mu chodzi, ale niebawem przypomniałam sobie jak ludzie niewidomi widzą- za pomocą dotyku
-Możesz.- Odpowiedziałam, po czym wstałam z ławki, a on kierując się moim głosem pokierował tam swoją dłoń. Najpierw dotknął mojego lewego ramienia, lecz po chwili rozpoznał moją szyję, a następnie dotarł do policzka. I wtedy puścił swój kijek, który na jednym ze swoich końców był zakończony pętelką, po czym obiema dłońmi dotknął mej twarzy i delikatnie ją badał. Od czasu do czasu brał w dłonie moje włosy i je ,,oglądał". Jego ręce były bardzo ciepłe i zgrabne. Kciukiem dotknął moich ust, a ja poczułam, że się rumienie. Jeszcze żaden chłopak nie dotykał mnie w taki sposób, o ile w ogóle jakikolwiek osobnik mnie dotykał po twarzy:
-Jesteś bardzo ładna. Masz pełne usta, długie rzęsy, proste średniej długości włosy, prosty lekko zadarty do góry nos i nie wiem czemu, smutny wyraz twarzy.- Podsumował odejmując swoje dłonie od mojej twarzy
-Dziękuję.- Potraktowałam jego słowa jako komplement, a stwierdzenie o smutnym wyrazie twarzy po prostu zignorowałam
-Nadjeżdża autobus.- Odezwał się nagle, a ja spojrzałam na drogę i faktycznie dostrzegłam duży kształt, który mógł być autobusem- Jaki to numer?
-Dwójka.- Odparłam mrużąc oczy, a pojazd powoli się do nas zbliżał
-Czyli mój autobus.- Podsumował- Możesz mnie ustawić w miejsce drzwi i mniej więcej pokierować gdzie jest próg?- Zapytał z zakłopotaniem w głosie
-Jasne. Mogę nawet przejechać się z tobą kawałek.- Zaproponowałam
-Naprawdę?- W jego głosie było słychać wzruszenie i mogłabym przysiąc, że w jego niewidzących oczach widziałam radosny błysk
-Tak, dla mnie to nie jest problem.- Zapewniłam go, po czym pomogłam wsiąść do autobusu i pojechałam z nim w zupełnie inne miejsce, niż w które zamierzałam pojechać...
Rozdział 3 Mój świat nabiera barw.
Jadąc autobusem z Tay'em oczy wszystkich pasażerów były zwrócone w naszą stronę, ale nie przeszkadzało mi to. Skasowałam chłopakowi bilet, po czym stanęłam obok niego. Był ode mnie wyższy o głowę. Stał wyprostowany i opierał się o ścianę autobusu patrząc przed siebie. W międzyczasie wywiązała sie między nami konwersacja, w której dowiedziałam się, że wtedy, gdy słuchałam muzyki on pytał się mnie z sześć razy która godzina, ale gdy nie odpowiadałam postanowił delikatnie szturchnąć mnie kijem po bucie, co poskutkowało:
-Serio, przepraszam, jeżeli odebrałaś to jako coś złośliwego, ale nie miałem wyjścia.- Przepraszał
-Nie, nic sie nie stało, to ja przepraszam. Nie powinnam była tak głośno słuchać muzyki.- Odparłam uśmiechając się szczerze pierwszy raz od kilku miesięcy; nie zawsze byłam taka przygnębiona i melancholijna, chociaż trudno w to uwierzyć.
W towarzystwie Tay'a czułam się dosyć swobodnie i nawet zapomniałam o własnych troskach:
-Hej, a gdzie musisz wysiąść?- Zapytałam zdając sobie sprawę, że podróżujemy autobusem co najmniej piętnaście minut
-Spokojnie, liczę przystanki. Teraz będę wysiadać.- Odparł
-To dobrze, bo już myślałam, że cię zagadałam.- Zaśmiałam się nerwowo
-Nie masz czym się martwić.- Położył swoją dłoń na mym ramieniu- Nie pierwszy raz jeżdżę autobusem.- Zapewnił mnie.
Wysiedliśmy z autobusu po drugiej stronie miasta. Tay powiedział, że nie muszę go odprowadzać, że na pewno mam własne sprawy i problemy, więc już nie muszę mu towarzyszyć, ale się uparłam, że mi się nigdzie nie śpieszy i chętnie spędzę z nim troche więcej czasu. Nie ukrywał swojej radości. Uśmiechał się od ucha do ucha i nawet zaoferował, że weźmie mnie pod ramię, abym dotrzymała mu kroku. I tak szliśmy, aż odprowadziłam go pod drzwi domu, który był dosyć pokaźny i wglądał, jakby należał do dosyć zamożnych ludzi:
-To na pewno numer 25?- Zapytał, a ja potwierdziłam- W takim razie sprawdźmy.- Wymacał dzwonek, po czym zadzwonił. Po kilku sekundach drzwi otworzyła osoba, której bym się tutaj nie spodziewała:
-O, cześć Ali.- Przywitał sie ze mną chłopak mojej siostry
-Czyli dobrze mnie zaprowadziłaś.- Stwierdził Tay z zadowoleniem rozpoznając głos- Cześć Renie. I tak przy okazji, znacie się?- Już otworzyłam usta, kiedy odezwał sie Renie
-Oczywiście. Alexy to młodsza siostra mojej dziewczyny.- Wyjaśnił mu- Jak widze już zdołałaś poznać mojego młodszego brata.- Teraz zwrócił sie do mnie
-Tak.- Odparłam krótko- Chyba będę się już zbierać.- Poprawiłam plecak, który miałam zarzucony na jedno ramię
-Już idziesz?- Zmartwił się Tay- Proszę, zostań chociaż na herbacie.- Dłonią szukał w powietrzu mojej ręki, lecz ja zdołałam wcześniej zrobić krok w tył, przez co stałam poza jego zasięgiem
-Nie, już robi się ciemno. Muszę wracać.- Zaczęłam się powoli cofać w stronę furtki; co prawda świeciło słońce, ale nie przychodziły mi do głowy żadne inne argumenty
-Możesz zostać. Sally ma wpaść do mnie po zajęciach, więc będziecie mogły razem wrócić.- Stwierdził chłopak o czerwonych włosach
-Ale rodzice będą się martwić...- Próbowałam wymyślać przeróżne wymówki, lecz Tay w końcu odnalazł moją dłoń, po czym ,,patrząc" mi w oczy powiedział:
-Na prawde bardzo mi zależy, byś została, a poza tym będę się martwił, jeżeli będziesz teraz wracała samotnie.- Wyglądał na bardzo zmartwionego i poruszonego, więc nie miałam siły mu odmówić
-N-no niech będzie.- Zgodziłam się z wahaniem- Tylko zadzwonię do Sally.- Już wyjęłam telefon, gdy skapnęłam się, że jest rozładowany. Cholera, zapomniałam wyłączyć muzyki, kiedy rozmawiałam z Tay'em i przez to rozładował mi się telefon...
-Coś się stało?- Zapytał Renie widząc, że stoję wpatrując się w czarny ekran telefonu, a moja mina zrzedła
-Bateria mi padła.- Odparłam zmartwionym głosem
-Spokojnie, napisze do niej SMSa, że u nas jesteś. I tak by teraz nie odebrała telefonu, bo ma lekcje.- Uspokoił mnie chłopak
-No dobrze.- Zrezygnowana zrobiłam krok w przód, a Tay ucieszony tym faktem zaprowadził mnie do wnętrza swojego domu. Oślepiła mnie biel ścian. Podłoga wyłożona była granitem i gdy tylko zdjęłam buty poczułam w stopach ukłucie zimna
-Proszę.- Renie wyciągnął z szafy białe i miękkie kapcie, po czym postawił je przede mną na podłodze
-Dzięki.- Odparłam
-Może jesteś głodna? Rodziców jeszcze nie ma w domu, ale jakoś sobie poradzimy.- Chłopak mojej siostry był bardzo gościny; od tej strony jeszcze go nie znałam
-Nie, dzięki.- Byłam lekko zakłopotana; Tay zostawił swój kij w miejscu, gdzie trzymane były parasole i niczym normalny widzący człowiek przeszedł do kuchni:
-Usiądź, dam ci coś do picia.- To już nie była propozycja tylko bardziej stwierdzenie faktu; nie chcąc zrobić mu przykrości usiadłam przy stole i chwilę poczekałam, gdy nagle przede mną pojawiła się szklanka z sokiem
-Mam nadzieję, że nie jesteś uczulona na pomarańcze?- Zapytał Tay
-Nie, nie. Dziękuję.- Wzięłam łyk i z powrotem postawiłam szklankę przed sobą- Sam potrafisz nalewać napoje do szklanek?- Zainteresowałam się
-Oczywiście! Nie od dzisiaj jestem ślepy.- Zaśmiał się, a w oczach Renie'go dostrzegłam smutek i współczucie, kiedy spoglądał na swojego młodszego brata
-Zostawię was na chwilę samych. Ide zadzwonić do Sally.- Poinformował nas Renie i opuścił kuchnię; Tay opierał się rękoma o blat i ,,spoglądał" na mnie:
-Ile masz lat, Alexy?- Zadał mi dosyć proste pytanie
-Szesnaście. A ty?
-Jestem od ciebie o rok starszy.- Uśmiechnął się do mnie, eksponując przy okazji swoje białe ząbki, które mogłyby konkurować z bielą ścian ich domu -A do jakiej szkoły chodzisz?
-Do liceum, tego niedaleko przystanku, na którym się dzisiaj spotkaliśmy.- Odparłam
-Słyszałem całkiem niezłe opinie o tej szkole.- Znów się uśmiechnął
-A ty?- Zdołałam wykrztusić oczarowana jego uroczym uśmiechem
-Ja muszę chodzić do specjalnej szkoły dla niewidomych, która jest niestety dosyć daleko. Renie coś wspominał, że niedaleko mieszka jego dziewczyna, to prawda?- Zapytał
-Hmm. Nigdy nie słyszałam o takiej szkole niedaleko nas.- Zamyśliłam się- Ale może to tylko dlatego, że się tym zbytnio nie interesowałam. Wszystko jest możliwe.- Również się uśmiechnęłam, ale on niestety tego nie widział. Jednak sądząc po mojej barwie głosu zdołał się domyślić, że się uśmiecham
-Chciałbym widzieć twój uśmiech.- Rozmarzył się
-Jeśli to coś da, to możesz podejść i...- Użycie słowa ,,dotknąć" w tej chwili jakoś dziwnie by brzmiało
-Zobaczyć?- Dokończył za mnie- A pozwolisz mi na to?
-Jasne, nie ma problemu.- Kiedy tylko, go zapewniłam, on podszedł do mnie i przyłożył swoje dłonie do mojej twarzy
-Może byś się uśmiechnęła?- Zaproponował, a ja zdałam sobie sprawę z tego, że już się nie uśmiechałam. Szybko to naprawiłam i Tay delikatnie kciukiem pieścił moje usta. W tym samym czasie, kiedy jego opuszki palców zetknęły się z moimi wargami, w brzuchu poczułam ssanie, lecz nie z głodu, a z czegoś zupełnie innego. Było to cudowne uczucie i trwało dalej, nawet jak Tay przestał mnie dotykać:
-Jest jeszcze piękniejszy niż to sobie wyobrażałem.- Przyznał uśmiechając się czule- Wiesz, że jesteś w sumie pierwszą osobą, którą dotykałem? Nie licząc oczywiście rodziny i wolontariuszy.- Poczułam lekkie ukłucie w sercu; czyli nie byłam pierwszą taką osobą, którą dotykał w ten sposób i nie mam tu na myśli jego rodziny...
-Jak często do ciebie przychodzą?- Udałam zainteresowanie
-Wolontariusze? Raz na jakiś czas. Szczerze to nie przepadam za obcymi, ani za osobami, które po prostu chcą się dowartościować tym, że ktoś ma gorzej od nich i, że powinni czuć się lepiej, że ich to nie spotkało.- Był oburzony
-W takim razie dlaczego...?- Nie wiedziałam jak do końca sformułować pytanie
-Dlaczego polubiłem ciebie?- Dokończył; najwidoczniej miał jakiś dar wynajdywania tego, czego ja nie potrafiłam znaleźć- Bo byłaś dla mnie uprzejma, ale nie w ten sposób jak inni ludzie, co boją się cokolwiek zrobić. To było miłe, że traktowałaś mnie jak normalną osobę, a nie jak inwalidę. No i...- Zamyślił się-... Odkąd cię usłyszałem, wiedziałem, że cię polubię.- Uśmiechnął się w taki sposób, aż musiałam zdjąć bluzę, gdyż poczułam falę niekontrolowanego gorąca:
-Twoja siostra już tu jedzie.- Renie wszedł do kuchni z błyskiem w oku- Nie masz nawet pojęcia jaka była zdziwiona.- Zaśmiał się
-Nie dziwie jej się.- Odparłam; naprawdę musiała być wstrząśnięta, jaka potrafię być towarzyska, kiedy zapomnę o tym, jaki świat jest beznadziejny
-Nawet oskarżała mnie, że ciebie porwałem.- Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem- No, ale już koniec tego śmiechu. Moja dziewczyna jest w drodze, więc chyba trzeba ją czymś powitać, nie uważacie?- Zwrócił się do nas
-Mogę obrać ziemniaki.- Zaoferował się Tay, a ja już chciałam palnąć, że jest niewidomy i sobie potnie ręce, ale się powstrzymałam, a Renie tylko kiwną głową na znak, że się zgadza
-Ja mogę zrobić jakąś sałatkę.- Zaproponowałam
-Świetnie. Chodź pokażę ci, gdzie są składniki.- Poprowadził mnie do lodówki, a ja zauważyłam, że Tay zniknął
-Nic sobie nie zrobi?- Szepnęłam do chłopaka mojej siostry
-Kto? On? No co ty.- Zaśmiał się- W ogóle tutaj nie zwracaj na niego uwagi. Zna rozkład całego domu na pamięć, więc nie ma obaw, że się zgubi, albo w jakiś sposób zrani.- Zapewnił mnie- Bo widzisz, Tay liczy swoje kroki i to za każdym razem. Dzięki temu wie, gdzie się znajduje oraz, gdzie są ściany i jak daleko znajduje sie od schodów.- Rozgadał się Renie, a ja w tym czasie przystąpiłam do krojenia pomidorów i ogórków. W tamtej chwili zdałam sobie sprawę, że moje życie w końcu ruszyło z miejsca, a wszystko nabrało bardziej wyrazistych kolorów. Szarość oraz czerń zniknęły, a ich miejsce zastąpiło coś, a raczej ktoś, na kim zaczęło mi zależeć...
Rozdział 4 Staliśmy osobno, a poszliśmy razem, by spotkać się znowu na ławce za stawem.
Minęło już kilka dni od mojej wizyty w domu Tay'a. Sally przyszła po mnie tak jak zapowiedział Renie i zjadła z nami obiado-kolację. Jeszcze chwilę posiedziałyśmy, aż w końcu wróciłyśmy do domu. Nie muszę ukrywać, że rodzice byli naprawdę zdziwieni tym, że spędziłam popołudnie ze swoją siostrą i się przy okazji nie pozbijałyśmy. Szczerze mówiąc, aż tak bardzo się nie kłóciłyśmy. Starałyśmy się utrzymywać dosyć przyjazne stosunki między sobą, chociaż nie ukrywam, czasami dochodziło między nami do zgrzytów i kłótni.
Od tamtego czasu codziennie rozmawialiśmy z Tay'em przez telefon. Najczęściej były to rozmowy bardzo radosne i przyjemne. Raz się zdarzyło, że dobrnęliśmy do tak trudnego tematu, jakim był powód utraty wzroku u Tay'a. Niechętnie o tym mówił. Ciągle powtarzał, że nie do końca pamięta, że nie rozumiał dlaczego. Po prostu tak było i nie dochodził niczego więcej. Po tej rozmowie nie dzwonił przez dwa dni, aż w końcu znów zaczął dzwonić i tym razem uważaliśmy, oboje, aby nie poruszać tego tematu. W międzyczasie Kei wróciła do szkoły i zaciągnęła mnie do wolontariatu do szpitala. Cóż, pierwszy dzień nie był taki zły jak mi się wydawało, ale mam wrażenie, że pacjenci chyba nie za specjalnie mnie polubili. Gdy wracałyśmy, moja przyjaciółka zwróciła mi uwagę, że powinnam zacząć się uśmiechać, a nie chodzić naburmuszona i odstraszać ludzi. Nie wiedziała, że codziennie się uśmiechałam podczas rozmów z Tay'em, o których jej wolałam nie wspominać.
Gdzieś po miesiącu rozmów Tay zdecydował się na to, abyśmy spotkali się ponownie. Oczywiście zgodziłam się. Umówiliśmy się na piętnastą, na przystanku, gdzie pierwszy raz się spotkaliśmy.
I właśnie nadszedł ten dzień. Ubrana byłam inaczej niż zwykle, ale on na pewno tego nie zauważy. Miałam na sobie jeansową spódnicę do kolan, która opinała moje uda, bluzkę w szaro-białe paski oraz swoje czarne trampki. Włosy spięłam w koński ogon.
Skończyłam lekcje o trzynastej trzydzieści, ale specjalnie nie wracałam do domu, chociaż wcale tak daleko od szkoły nie mieszkałam. Przez ten cały czas siedziałam na przystanku i czekałam na niego. Pierwszy raz od kilkunastu miesięcy byłam podekscytowana niczym mała dziewczynka. Zastanawiałam się jak będzie wyglądać nasze drugie spotkanie, czy prócz rozmowy wydarzy się coś więcej? Nie żebym robiła sobie jakieś nadzieje, ale przynajmniej przeszlibyśmy się gdzieś. Dawno z nikim się nie spotykałam, nie licząc oczywiście Kei, która nawet bez pytania, potrafiła wtargnąć do mojego domu i wyciągnąć siłą na miasto. Lecz teraz sama z siebie chciałam się z kimś spotkać i byłam z tego powodu duma. W końcu opuściłam swoją pustelnię goryczy i samotności. Nadeszły dla mnie nowe, lepsze dni.
W końcu go dostrzegłam. Szybko spojrzałam na ekran telefonu, który pokazywał 14:33. Szedł chodnikiem i delikatnie stukał kijem w podłoże, aby wyczuć ewentualne przeszkody. Kiedy już wszedł pod wiatę przystanku odezwał się:
-Przepraszam, która godzina?- Zapytał swoim pogodnym głosem, a ja na jego dźwięk się uśmiechnęłam
-Zastanawia mnie skąd wiedziałeś, że ktoś tu jest?- Odpowiedziałam pytaniem, a na jego ustach po chwili zdziwienia wstąpił bardzo szeroki uśmiech
-Alexy!- Prawie krzyknął i zaczął mnie szukać. Oszczędziłam mu wymachiwań kijem i sama wsunęłam się w jego ramiona opierając swoją głowę na jego klatce piersiowej. Jego serce tłukło się w niej jak szalone. Otoczył mnie swoimi ramionami i mocniej przycisnął do siebie:
-No już, dobrze. Zaraz mnie udusisz.- Zaśmiałam się, a on lekko poluzował uścisk
-Spóźniłem się?- Zapytał z obawą w głosie- Nie spieszyłem sie zbytnio, bo uznałem, że mam dużo czasu...- Zaczął sie tłumaczyć; ubrany był w swoje krótkie jeansowe spodenki, ciemno zieloną koszulkę i trampki
-Nie, wszystko w porządku. To ja przyszłam troche wcześniej.- Uspokoiłam go.- Znowu czekasz na autobus?- Zapytałam odklejając się od niego
-Hm? Nie. Po prostu chciałem się z tobą zo...Ekhem, spotkać.- Poprawił się
-Rozumiem- Odparłam chwytając go pod ramię; nie bardzo wiedziałam co robić
-Chciałabyś się może przejść? O ile to nie byłby dla ciebie problem.- Zapytał i zarumienił sie przy tym lekko
-Oczywiście.- Pociągnęłam go delikatnie do przodu, a on ruszył- Dlaczego myślisz, że wszystko, o co mnie prosisz, może sprawić mi problem?- Zapytałam
-Eeem.- Zaczął sie rozglądać- No bo wiesz. Nie każdy ma czas i chęci pomagać niewidomemu...- Wydawał się bardzo zakłopotany
-Tay, przestań. Dla mnie to nie jest problem, a poza tym chcę tobie pomagać.- Zapewniłam go, a on jeszcze bardziej spąsowiał
-Chcesz?- Upewnił się
-Tak, chcę i nie sprawia mi to najmniejszego kłopotu, wręcz przeciwnie- cieszę się, że mogę ci pomagać i sprawia mi to radość.- Ścisnęłam jego rękę mocniej, aby dodać mu otuchy
-Jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi.- Na jego usta wypełzł delikatny uśmiech- I pierwszą, która przy mnie zachowuje sie tak naturalnie. Dziękuję.- Nachylił się w moją stronę i pocałował mnie w czoło, wtedy z kolei ja poczerwieniałam po koniuszki włosów.
Przez chwilę szliśmy w ciszy, aż w końcu wydobyłam z siebie jakiś dźwięk:
-Gdzie my tak właściwie idziemy?
-Hmm... Zgodnie z moimi obliczeniami oraz ilością wykonanych kroków, śmiem twierdzić, iż jesteśmy oddaleni od przystanka jakieś 459 metrów. Polecam przejść się do parku. Podobno teraz wszystko kwitnie, a w stawie pływają ryby.- Odparł takim tonem, który mnie rozbawił
-No to chodźmy tam.- Nabrałam więcej śmiałości- Daleko to?
-Nie, tylko 200 metrów. Chodź.- Pociągnął mnie za sobą i tak po kilku minutach znaleźliśmy się w parku ze stawem. Oboje usiedliśmy na zielonej drewnianej ławce i wpatrywaliśmy się, no dobrze, ja się wpatrywałam, w staw przed sobą. Tay odłożył kij pod ławkę, a plecak rzucił obok ławki. Natomiast ja swoją torbę postawiłam po swojej lewej stronie, tak aby nie odgradzała mnie od chłopaka. Nastała chwila milczenia, lecz zaraz szybko znaleźliśmy temat do rozmowy. Co jakiś czas śmialiśmy się słuchając swoich zabawnych wspomnień oraz przemyśleń. Zdobyłam całkiem sporo informacji o nim: jego ulubionym kolorem jest zielony, uwielbia jeść makaron, jego ulubionym zespołem jest Nickelback, nie lubi czytać (zgaduję, że ciężko jest sie posługiwać brajlem), ma uczulenie na koty, nie lubi jeździć samochodem i ma świetny słuch. Nie wiem w sumie, do czego mogą mi się te informacje przydać, ale warto wiedzieć coś o drugiej osobie.
Nawet nie zauważyliśmy kiedy zaczęło się ściemniać:
-Odprowadzę cię.- Zaoferował
-A kto odprowadzi ciebie?- Zaśmiałam się
-Możesz być o to spokojna, jakoś sobie poradzę.- Uspokajał mnie
-W to nie wątpię, ale i tak będę się niepokoić.- Spojrzałam na niego proszącym wzrokiem, którego i tak nie mógł zobaczyć- O, wiem! Może przenocujesz u nas? W końcu jutro i tak jest sobota.- Prosiłam
-Nie, no co ty. To byłoby zbyt duże obciążenie dla twoich rodziców. Mogę co najwyżej poczekać u ciebie na mojego brata.- Wydawał sie zakłopotany
-No niech ci będzie, a teraz chodź.- Chwyciłam go za rękę i podniosłam z ławki
-Dobrze, już dobrze. Tylko wezmę kij i plecak.- Uspokoił mnie, po czym ponownie usiadł na ławce i podniósł kij spod siebie, a następnie sięgnął po swój plecak i już był gotowy
-Chodźmy.- Wzięłam go za wolną dłoń i ruszyliśmy w kierunku mojego domu. Na początku ścisnął ją niepewnie, ale po chwili spletliśmy palce, a ja poczułam przyjemne ciepło bijące z jego dużej dłoni...
Rozdział 5 Czy kiedykolwiek słuchałeś wieczoru?
Szliśmy ulicą trzymając się za ręce, a zachodzące słońce przybrało kolor dorodnej pomarańczy. Tay milczał, co było dziwne, bo zazwyczaj był dosyć rozmowny i pełen energii:
-Coś sie stało?- Zapytałam z troską w głosie; może stresowała go wizja wizyty u mnie w domu i poznanie moich rodziców?
-Hm?- Wydawał się, jakbym wyrwała go z zamyślenia- Nie, wszystko w porządku, czemu pytasz?- Na pozór jego głos znów stał się pogodny i radosny
-Bo wydajesz się jakiś ponury.- Popatrzyłam na niego ze zmartwieniem, a on nagle zatrzymał się i przez chwilę stał w miejscu. Patrzyłam na niego nic nie rozumiejąc, kiedy nagle poczułam jego dłonie na moich policzkach. Wydawały się szukać czegoś. Błądziły w okolicach szczęki, zahaczyły o nos, aż w końcu odnalazły usta. Wtedy Tay pochylił się i mnie pocałował. W tym samym momencie mój żołądek zdążył wykonać salto, a wszystko dookoła ucichło i nabrało intensywniejszych barw. Niepewnie położyłam jedną dłoń na jego policzku, a drugą na barku i delikatnie uniosłam się na palcach. Nigdy nie doświadczyłam czegoś tak... Nawet ciężko jest mi nazwać stan, w którym sie znalazłam. Byłam po prostu szczęśliwa. Szczęśliwa, że tak wyjątkowa osoba jak on, mogła... Mogła się na tyle do mnie zbliżyć, żeby mnie pocałować.
Pocałunek trwał zaledwie kilka sekund, lecz ja miałam wrażenie jakby trwał godzinami. Kiedy odsunęłam swoją twarz od jego, oboje drżeliśmy. Delikatnie potarłam kciukiem jego policzek i spojrzałam głęboko w jego ślepe oczy. Nie chorował na zaćmę, ponieważ jego źrenice były normalnego czarnego koloru. Nim zdążyłam się skapnąć, Tay całował mnie w usta drugi raz. Pocałunek nie był tak intensywny jak pierwszy, ale i tak sprawił, że moje serce zabiło mocniej. Znów się odsunęłam. Spojrzałam gdzieś w bok, aby odetchnąć. Byłam... Byłam... Nawet nie dokończyłam swojej myśli, gdyż poczułam coś ciepłego na swoi policzku. Chłopak tym razem nie trafił w usta, lecz w mój czerwony policzek. Zaczęłam dygotać jeszcze bardziej. W końcu, ostatecznie, zrobiłam duży krok w tył, przy tym puszczając go:
-Alexy?- Jego głos dochodził jakby z oddali- Alexy, wszystko w porządku? Gdzie jesteś?- Padały pytania, które z każdą milisekundą stawały się co raz cichsze i mniej zrozumiałe. Wokół mnie zapanowała ciemność i poczułam nagłą senność.
Po kilku chwilach obudziłam się. Słońce już zaszło, lecz zostawiło po sobie lekką poświatę, która tworzyła na niebie rozległą tęczę kolorów. Leżałam na trawie wpatrując się w niebo. Przez naprawdę krótką chwilę miałam drobny zanik pamięci. Co ja tu robię? Jak sie tutaj znalazłam? Aż w końcu sobie przypomniałam:
-Tay!- Wrzasnęłam zrywając się, lecz nagle coś zderzyło się z moim czołem i zmusiło do ponownego położenia się
-Leż.- Nakazał jego głos- Leż i się nie ruszaj. Masz pojęcie jak mnie wystraszyłaś?- Pochylił się nade mną; jego twarz była naprawdę blisko mojej, niebezpiecznie blisko...
-Co się stało?- Zdołałam wykrztusić
-Nie wiem. Prawdopodobnie zemdlałaś. Usłyszałem tylko jak upadasz, a później zabrałem cię z chodnika i przeniosłem na bok.- Wyjaśnił- Chorujesz na coś? Jadłaś śniadanie? A może to moja wina?- Wydawał się bardzo zmartwiony
-Co?- Moja pierwsza odpowiedź- Nie, nie, spokojnie, wszystko w porządku. Na nic nie choruję, śniadanie jadłam, a...- No i się zacięłam, świetnie...
-A więc...
-Nie kończ!- Zabroniłam- Niczemu nie jesteś winny, a ja jeszcze cię niepotrzebnie wystraszyłam. Hej, zobacz, robi się już ciemno, może chodźmy już?- Zaproponowałam i przy okazji niezauważalnie zmieniłam temat
-Chyba masz rację. Zrobiło się dużo chłodniej.- Zgodził się ze mną- Musisz wstać pierwsza.- Nakazał, a ja przez chwilę zastanawiałam się o co mu chodzi, aż w końcu się skapnęłam. Moja głowa leżała na jego kolanach, a wtedy, kiedy się obudziłam, to on położył swoją dłoń na moim czole i sprowadził ponownie do pozycji leżącej:
-Już.- Szybko się podniosłam i przy okazji pomogłam mu wstać
-To nie było konieczne.- Zaśmiał się zażenowany, że udzieliłam mu pomocy przy wstawaniu
-Było.- Odparłam twardo- Pomogłeś mi, więc jestem twoją dłużniczką.- Posłałam mu uśmiech, którego nie mógł zobaczyć
-Nawet nie waż się tak myśleć.- Skarcił mnie- Niczego nie jesteś mi winna. Pamiętaj: to ty jesteś tym, kto tu pomaga.- Puścił mi oczko, a ja się uśmiechnęłam, chociaż i tak, w środku, czułam wobec niego dług wdzięczności
-Musimy iść. Jest już całkiem ciemno.- Zmartwiłam się, a on przytaknął i ruszyliśmy. Prowadziłam go przez chodnik oświetlony ulicznymi lampami. Nic nie byłoby strasznego w tej scenerii, gdyby nie to, że nikt prócz nas nie chodził tędy, a samochody, jakby się zbuntowały i celowo wybierały inne drogi. Tak więc byliśmy tylko my i uliczne lampy. Czułam się okropnie. Mocniej przytuliłam się do ręki Tay'a i w jakiś sposób próbowałam go doprowadzić do mojego domu:
-Zimno ci?- Zapytał nagle
-N-niebardzo. Dlaczego pytasz?- Zająknęłam się
-Strasznie się trzęsiesz i ramię mi zdrętwiało.- Zaśmiał się; jego ta sytuacja bawiła, lecz ja umierałam ze strachu. Nigdy wcześniej nie spacerowałam po niemalże pustej ulicy po zmroku, mając przy sobie chłopaka, który widział tylko ciemność oraz dzierżył kij. Chodzenie nocą od zawsze było u mnie swego rodzaju fobią, którą od dzieciństwa w sobie miałam. Jakoś, kiedy wyglądałam na spowitą ciemnością ulicę i nikogo nie widziałam, to miałam wrażanie, że zaraz ktoś się pojawi tuż przy moim oknie lub przy najbliższej latarni. Cała się trzęsłam, nie tylko od zewnątrz, ale i wewnątrz. Nawet nie miałam pewności, czy wątroba lub żołądek są na swoim miejscu. Wtedy dosłyszałam odgłos świerszczy, co mnie upewniło w tym, że jesteśmy w dobrej okolicy. Lubiłam ich charakterystyczny odgłos. Sprawiał, że czułam się spokojniejsza i kojarzył mi się z domem:
-Już niedaleko.- Poinformowałam mojego towarzysza i przyspieszyłam kroku. Po kilku minutach znajdowaliśmy się w moim domu i zdejmowaliśmy buty. Moja mama ucieszyła się z wizyty Tay'a, w przeciwieństwie do samego Tay'a, który czuł się strasznie nieswojo. Odmawiał na wszelkie propozycje mojej mamy. Nic nie chciał do picia, ani do jedzenia. Nie odkładał kija ani na sekundę, ani nie puszczał mojej dłoni. Zachowywał się co najmniej dziwnie, chociaż nie dziwię mu się, poznać tyle osób jednocześnie, które zaczynają obchodzić się z tobą jak z jajkiem...:
-Będziemy na górze.- Szybko wymyśliłam wymówkę i pociągnęłam go za sobą
-Alexy, poczekaj! Jak on poradzi sobie ze schodami?!- Wystraszyła się moja mama
-Da sobie radę.- Odparłam pewnym głosem przytulając się do jego wolnego boku i mówiąc gdzie jest najbliższy schodek; w taki sposób udało nam się wejść na górę i trafić do mojego pokoju:
-Jesteś niesamowita.- Skomentował- Skąd wiedziałaś, że...- Nie dokończył, tylko spuścił głowę
-Widziałam, że czujesz się nieswojo i w ogóle.- Odparłam i poczułam, że mnie obejmuje- Tay?
-Dziękuję.- Szepnął, po czym pochylił się i pocałował mnie w szyję, a po plecach przeszły mi dreszcze
-N-nie ma sprawy.- Zająknęłam się, a on oparł swój podbródek na moim ramieniu i przytulił swoją głowę do mojej
-Byłaś jak profesjonalistka.- Pochwalił mnie- Nikt lepiej nie mógłby mi pomóc wejść po schodach.- Wyznał
-Nie masz za co dziękować...- Nagle w mojej kieszeni zabrzęczał telefon, a pech chciał, że akurat znajdował się w tylnej kieszeni spódnicy...
Rozdział 6 Może to coś więcej? (koniec)
Zaczerwieniłam sie po korzonki włosów, gdyż komórka wibrowała i nie miała zamiaru przestać. Tay puścił mnie i zrobił krok w tył prawie wpadając na moje biurko. Poirytowana wyciągnęłam telefon i spojrzałam na ekran, który wyświetlał jedno imię- ,,Kei". Myślałam, że ją rozszarpię, ale szybko się ogarnęłam:
-Tak?
-No heeeeej. Co tam porabiasz kochanie?- Zawył do słuchawki, co mnie zdziwiło, męski głos
-Przepraszam, kto mówi?- Zapytałam nie wiedząc, czy ktoś ukradł jej telefon, czy po prostu znalazła sobie w klubie jakiegoś chłopaka i teraz leży gdzieś pijana
-Jestem znajomym Keiko. W tej chwili jest zajęta, wiec poprosiła mnie, abym ci przekazał, że jutro nie będzie mogła z tobą pójść. Nie sprecyzowała gdzie, ale powiedziała, że zrozumiesz.- Wyjaśnił chłopak po drugiej stronie; nie wydawał się być pijany, tylko równie zakręcony co ona
-Mhm. Rozumiem.- Przytaknęłam- W takim razie przekaż jej, że nie ma sprawy.- Odparłam i sie rozłączyłam, tak jak zawsze to robię. Nawet nie zauważyłam, ze stoję po drugiej stronie pokoju. Odkąd pamiętam, miałam w nawyku chodzenie po całym pokoju rozmawiając przez telefon. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Tay'a, aż w końcu z przerażeniem stwierdziłam, że go nie ma. Wybiegłam z pokoju i niemalże natychmiast wpadłam na niego, przez co wywróciliśmy się na podłogę:
-O Jezu, przepraszam!- Szybko zeskoczyłam z niego i pomogłam wstać do pozycji siedzącej, po czym sama usiadłam, na podłodze na przeciwko niego
-Nic się nie stało...- Odparł nieśmiało, lecz zdążyłam mu przerwać
-Jesteś pewny? Nawet nie masz pojęcia jak mnie przeraziłeś.- Oddychałam niczym po ciężkim biegu na kilkaset metrów. Przytknęłam otwartą dłoń do swojej klatki piersiowej i starałam się uspokoić oddech; nie chciałam mu mówić, że dostawałam zawrotów głowy na myśl, że mógłby spaść ze schodów...
-Wszystko w porządku?- Zatroszczył się o mnie, po czym wyciągnąwszy przed siebie ręce, zaczął mnie szukać; jego kij aktualnie leżał między nami oddzielając nas od siebie, ale to nie sprawiło mu problemu. Na początku jedna z jego dłoni zawadziła o moje kolano, później jego dłoń powoli sunęła po moim udzie ku górze, aż w końcu dotarła do mojej twarzy i mogłam spoglądać mu w jego ślepe oczy. Niepewnie uniosłam dłoń do jego twarzy i kciukiem popieściłam policzek. Lekko się zarumienił, odwrócił na chwilę głowę w inną stronę jakby sprawdzał, czy nikogo prócz nas nie ma i mnie pocałował. Nie był nachalny, wręcz przeciwnie, wydawał się ostrożny i delikatny. Dopiero kiedy poczuł, że odwzajemniam jego pocałunek, stał się bardziej stanowczy, przez co nasze usta mocniej przywarły do siebie. Ta chwila mogła trwać nawet całe wieki, ale w jednej chwili Tay odskoczył ode mnie i ,,spojrzał" w kierunku schodów. Po paru chwilach zauważyłam moją siostrę, która zmierzała do swojego pokoju:
-Ej, Ali, co wy tak na podłodze?- Zapytała patrząc się na nas jak na małe dzieci
-Em, Tay upuścił kij i właśnie pomagałam mu szukać.- Szybko chwyciłam wspomniany przedmiot i jej pokazałam- Widzisz? Znalazłam!- Udałam, że oznajmiam to Tay'owi, a ona tylko pokręciła głową i zniknęła za drzwiami swojego pokoju...- Ech.- Westchnęłam wręczając mu kij- Chodźmy już stąd.- Chwyciłam jego wolną dłoń i pociągnęłam ku górze
-Która godzina?- Zainteresował się- Chyba na mnie już czas.- Oznajmił
-Nie! Poczekaj, niebawem Renie do nas przyjedzie.- Próbowałam go zatrzymać
-Nie zrozum mnie źle Ali, ale nie czuję się tutaj dobrze.- Wyznał stojąc tylko w jednym miejscu i dzierżąc kij
-Rozumiem.- Podrapałam się za uchem- Nie pomyślałam, że możesz się tutaj czuć dosyć nieswojo i obco.- Poczułam sie jak idiotka; to naturalne, że nie podobało mu się u mnie, skoro nie znał rozkładu mojego domu i nie wiedział w którą stronę iść. Nagle poczułam, że się do mnie przytula:
-Nie chciałem być nieuprzejmy.- Oparł swoją głowę na mojej
-Wszystko w porządku.- Zapewniłam go- To moja wina. Powinnam się domyślić, że nie lubisz nowych miejsc.
-Jak ty mnie dobrze rozumiesz.- Cmoknął mnie w policzek- Może wejdźmy do twojego pokoju? Możliwe, że zapamiętam jego rozkład, jeżeli pozwolisz mi trochę się po nim ,,rozejrzeć".- Zaproponował, a ja chętnie na to przystałam.
Kiedy byliśmy już w mym lokum, Tay nakazał mi siedzieć w jednym miejscu i cały czas do niego mówić, aby wiedział, z której strony przyszedł. Tak więc, starałam się z nim jakoś rozmawiać, a on macał moje ściany i przedmioty, które napotkał. W sumie nie miałam nic przeciwko, mógł robić co tylko zechce, byle by nie zrobił sobie krzywdy:
-Jak długo tutaj mieszkasz?- Zapytał
-Całe życie.- Odparłam
-Czuję liczne pęknięcia w ścianach dlatego pytam.-Uśmiechnął się- Jakiego są koloru?
-Ściany czy pęknięcia?- Zapytałam ze śmiechem
-Ściany.
-Wyblakła żółć.- Przyjrzałam im się dokładniej
-Pewnie są ładne.- Rozmarzył się, kończąc robić kółko wokół mojego pokoju- Chciałbym ci coś opowiedzieć.- Wyciągnął przed siebie ręce i zaczął szukać mojego łóżka; szybkim ruchem wstałam i go na nie nakierowałam. Kiedy już oboje siedzieliśmy zamilkł, ale po chwili zaczął opowiadać:
-Gdy miałem dziewięć lat wykryto u mnie wadę wzroku, która z miesiąca na miesiąc zaczęła się powiększać. Co prawda nosiłem różne okulary i starałem sie uważać na mój wzrok, ale po dwóch latach całkowicie oślepłem.- Uśmiechnął się cierpko, a ja delikatnie złapałam go za rękę- Nie musisz mi współczuć. Dobrze się czuję, nawet w tym stanie. Chociaż czasami faktycznie ślepota utrudnia mi życie.- Przyznał, a na dole rozległ się dzwonek do drzwi- To pewnie Renie!- Ucieszył się wstając
-Tay, poczekaj!- Zawołałam za nim, nim zdążył opuścić mój pokój; podbiegłam do niego i wspinając się na palcach, pocałowałam go w usta. Gdy tylko poczuł moje usta na swoich, oplótł mnie swoimi ramionami i tak trwaliśmy przez jakiś czas. Później pomogłam mu zejść na dół, a Renie nawet nie zostając na obiedzie, zabrał ze sobą swojego brata do domu.
Po tym wszystkim, kiedy siedziałam sama w pokoju, przyszła do mnie moja siostra:
-Hej, Młoda.- Usiadła u mnie na łóżku, a ja spojrzałam na nią jak na idiotkę
-Hej.- Przywitałam się jak na mnie całkiem normalnie
-Opowiadaj.- Nakazała wpatrując się we mnie
-Co mam ci opowiadać?
-Noo... Przecież ty i Tay jesteście...- Popatrzyła na mnie wymownie
-Nic nie wiadomo.- Odparłam beznamiętnym tonem i próbowałam ją spławić
-CO?!- Wykrzyknęła- Przecież to widać gołym okiem!- Zaprotestowała- Musi być między wami coś więcej!
-Ale nie ma.
-Jak to nie ma?! Ukrywasz coś przede mną, ja to wiem.- Piorunowała mnie wzrokiem, a ja nadal pozostawałam bez wyrazu- No Aliiiiii.- Objęła mnie w pasie i skomlała
-Odwal się, nic ci nie powiem.- Próbowałam odsunąć ją od siebie, a w tym samym czasie do mojego pokoju zawitała mama
-Ooo, widzę tu siostrzaną miłość.- Uśmiechnęła sie ciepło- Ten chłopiec, Tay, jest na prawdę bardzo miły.
-Ona mi nie chce nic powiedzieć!- Poskarżyła się Sally
-Nie mam ci nic do powiedzenia.- Upierałam się
-No, Alexy, też chciałabym trochę o nim posłuchać.- Mama dosiadła się do nas, a ja poczułam się osaczona. Dalsza część wieczoru składała się tylko i wyłącznie z próśb o powiedzeniu ,,czegoś więcej" na temat Tay'a, ale ja nie chciałam nic mówić, a bynajmniej nie im. To co jest między mną a nim, pozostanie tylko między nami dwojga i nikomu nic do tego...